Witajcie! :) Dzisiejsza notka będzie o imionach i nazwach własnych. Cała seria o Ani z Zielonego Wzgórza została przetłumaczona kilkakrotnie przez różne osoby. W zależności od tłumacza i wydawnictwa występują pewne różnice przede wszystkim właśnie w tłumaczeniu nazw własnych, a także imion. Od pewnego czasu panuje tendencja, żeby imiona oraz nazwy własne pozostawiać w wersji oryginalnej. Być może w wielu książkach zdaje to egzamin, ale... No właśnie. Może to kwestia przyzwyczajenia czy sentymentu, ale znacznie lepiej czyta mi się jedną z najstarszych chyba wersji tłumaczenia, gdzie w większości imiona bardziej "oswojono".
Na początek imiona bohaterów występujących w "Powrocie do Złotego Brzegu" wraz z wersją oryginalną oraz innymi tłumaczeniami, z którymi się zetknęłam.
James Mateusz "Jim" Blythe - w oryginale James Matthew "Jem", inne tłumaczenie to Jakub Mateusz, zdrobniale Kuba (swoją drogą dla mnie okropne)
Flora (Meredith) Blythe - w oryginale Faith, w niektórych, nowszych tłumaczeniach zostawiono wersję oryginalną, ja jednak przyzwyczaiłam się do Flory
Rozalia (West) Meredith - w oryginale Rosemary West, spotkałam się także ze skrótem Roza
Bertie Meredith - w oryginale Bruce Meredith
Krzysztof Ford - w oryginale Kenneth Ford, zdrobniale Ken, zdecydowanie wolę polską, najstarszą wersję, Ken kojarzy mi się z Barbie ;)
Leslie (West, Moore) Ford - w oryginale również Leslie, w niektórych tłumaczeniach występuje jako Ewa, między innymi w tym, które ja posiadam, jednak zdecydowałam się na Leslie, bo tutaj to imię jakoś bardziej mi pasuje, łatwo się do niego przyzwyczaiłam
Marszałek Elliot - chyba najlepszy "kwiatek" w tłumaczeniach ;) w oryginale nosi imię Marshall. Dowiedziałam się tego niedawno, wcześniej, jako, że czytałam wersję z Marszałkiem zastanawiałam się czy pan Elliot pełni taką funkcję, czy też tak dziwnie ma na imię. Teraz już wiem, że to błąd, ale przez sentyment dla mnie on zawsze pozostanie Marszałkiem ;)
Izabela "Iza" (Gordon) Blake - w oryginale Philippa "Phil", w niektórych wersjach jako Filipa czyli zdrobniałe Fila. Wolę wersje z Izą, przyzwyczaiłam się do niej.
Jeśli chodzi o inne kłopoty z tłumaczeniem to nasuwa mi się Srokaty Kobziarz/Szczurołap/Wędrowny Grajek. Spotkałam się ze wszystkimi trzema wersjami, według mnie Srokaty Kobziarz brzmi najlepiej, tak tajemniczo. W oryginale mamy "Pied Piper", czyli wersja z Kobziarzem się nadaje, "piper" to zarówno kobziarz, dudziarz jak i... flecista. I rzeczywiście "Pied Piper" to również Szczurołap/Srokaty Grajek z Hammelin. Prawdopodobnie to właśnie tą bajkę czytał Walter rodzeństwu i przyjaciołom. Być może więc Szczurołap byłby najbardziej zgodny z oryginałem, ale jakoś mi ta nazwa nie pasuje, brzmi według mnie bardzo pospolicie, poza tym przyzwyczaiłam się do Srokatego Kobziarza, miałam kiedyś nagrane słuchowisko radiowe m.in. "Rillę ze Złotego Brzegu" i tam w tle wstawek historycznych brzmiała właśnie melodia wygrywana na kobzie szkockiej.
Ciekawa jestem Waszych opinii na temat tłumaczeń i różnych wersji.
Ciąg dalszy nastąpi :)
~Vivien
czwartek, 21 lipca 2016
poniedziałek, 18 lipca 2016
Rozdział VI - Opowieść o Johnym i Katie
Witajcie!
:) Dziś publikacja (nieco dłuższego) rozdziału szóstego. Dowiemy się z niego jak wyglądało życie
Waltera w czasie, kiedy nie wiedział kim jest. Miłej lektury! :)
~- A zatem pytasz gdzie byłem, droga siostrzyczko? Przypuszczam, że robiłem mniej więcej to samo co wy wszyscy tutaj. Ale los znowu przypomniał mi jak kruche i delikatne jest ludzkie życie. Tak dużo mam wam jeszcze do przekazania, a widzę, że i ja mam do nadrobienia spore zaległości. Podejrzewam, że chcielibyście, żebym najpierw dokończył swoją opowieść. Usiądźcie więc, a ja opowiem wam historię Johna Doe Darcy, ponieważ to właśnie tak nazywałem się, aż do wypadku pół roku temu.
Wszyscy
posłusznie zajęli miejsca, a Walter kontynuował swoją opowieść.
-Obudziłem
się w szpitalu polowym. Wybuch pocisku spowodował u mnie wstrząs mózgu i byłem
nieprzytomny przez dwa tygodnie. Obok mnie siedziała, ocierając moje czoło
wilgotną szmatką, najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem.
Pomimo, że nie mogłem wtedy przypomnieć sobie żadnej innej kobiety, wiedziałem,
że musi być najcudowniejszą istotą jaką Bóg kiedykolwiek stworzył. Promienie
słoneczne rozświetlały jej złote włosy i dodawały jej szmaragdowym oczom głębi
i blasku. Zauważyła, że nie śpię i przywitała mnie uśmiechem pełnym uczucia, a
z jej oczu słynęła maleńka łza.
-Dzień
dobry. Bardzo się cieszę, że się obudziłeś. Już myślałam, że nigdy się nie
poznamy. Nie, nie próbuj mówić. Musisz odpocząć. Jest wiele pytań, które muszą
poczekać, aż będziesz silniejszy. Zawołam lekarza, żeby cię zbadał.
Potem
wyszła, a anielski dźwięk jej głosu wciąż brzmiał mi w uszach. Wróciła szybko w
towarzystwie lekarza. Zbadał mnie i zapytał czy wiem kim jestem i skąd
pochodzę. Otworzyłem usta, aby coś powiedzieć, ale uświadomiłem sobie, że nie
znam odpowiedzi na to pytanie. Moim pierwszym wspomnieniem była twarz Katie, bo
tak miała na imię ta piękna istota. Nikt nie miał pojęcia kim mógłbym być.
Zdawało się, że Katie stosunkowo martwiła się o moje zdrowie, kiedy byłem
nieprzytomny. Jej brat Albert był na froncie, a ja starałem się oddalić jej
myśli od tych ciężkich przeżyć. Ich historia też jest dość niezwykła.
Albert
i Katie urodzili się w USA. Ich rodzice byli rodowitymi Anglikami z Derbyshire.
Ojciec był najmłodszym synem dość majętnego hrabiego. Byli skłóceni, ponieważ
George szaleńczo kochał się w córce najemcy, Abigail Marten. Jego ojciec,
Henry, chciał czegoś lepszego dla swego syna i zabronił im się spotykać. George
sprzeciwił się ojcu. Zawsze chciał wieść życie wolnego człowieka, a kiedy
przeczytał w gazecie, że rząd USA rozdaje ziemię pod gospodarstwa w stanie
Oklahoma, potajemnie poślubił Abigail i wraz z nią wyruszył do Ameryki. Założyli
tam gospodarstwo niedaleko Tulsy. Uprawiali ziemię i hodowali bydło. Mieli tylko
dwójkę dzieci. Wspólnymi siłami zbudowali dom, a nawet odnowili więzi rodzinne,
ponieważ stary hrabia Darcy w końcu pokonał swoje uprzedzenia i pogodził się z
tym, że jego syn jest mimo wszystko zadowolony ze swojego życia. Kiedy Albert i
Katie byli jeszcze mali, na ich rodzinnej farmie odkryto złoża ropy naftowej.
Wkrótce stali się częścią popularnego wówczas przemysłu naftowego.
Gdy
wybuchła wojna między Anglią i Niemcami Albert był w Anglii na studiach
prawniczych razem z kuzynem Williamem. Oboje zaciągnęli się do wojska. Katie,
uparta i zawzięta jak jej przodkowie nie chciała siedzieć bezczynnie patrząc
jak niewiele robią Stany Zjednoczone, aby pomóc w wojnie. Została sanitariuszką
w Ochotniczym Oddziale Ratunkowym, by być blisko brata, a niedługo po swoich
dwudziestych trzecich urodzinach została wysłana do Courcelette. To tam mnie
znalazła i zawiozła karetką do szpitala polowego. Czytała mi poezję, a ja
znałem prawie każdą linijkę. Okazało się, że oboje lubimy Tennysona. Zostaliśmy
przyjaciółmi, byłą moją bratnią duszą. Kiedy wysłano mnie do szpitala w
Chesterfield, przeniosła się tam ze mną, to były jej rodzinne strony. W
wyobraźni wędrowaliśmy po górach i dolinach, a ona twierdziła, że musiałem być
wielkim poetą lub kimś w tym rodzaju, przed wojną i, że moje zniknięcie musiało
złamać wiele serc. Marzyliśmy o końcu wojny, mając nadzieję, że ta chwila się
zbliża. Byłem w niej zakochany jak wariat, ale bałem się ujawnić swoje uczucia,
bo nie miałem niczego co mógłbym jej ofiarować, nawet własnego nazwiska. Kiedy
zostałem zwolniony ze szpitala, jej krewni przyjęli mnie do rodziny jak swego.
W pewnym sensie mogłem wypełnić pustkę po Williamie i Albercie. Myślę też, że
pomogłem dziadkowi Katie uleczyć urażoną dumę po ucieczce George'a wiele lat
wcześniej.
Nadal
byłem dla Katie przyjacielem i powiernikiem, kiedy nadszedł kwiecień, a wraz z
nim bitwa pod Arras. William był ciężko ranny, stracił lewą rękę. Albert zginął
od kuli w głowę. Byłem przy Katie, gdy nadeszły wszystkie te złe wiadomości.
Strasznie cierpiała, była wręcz załamana. Udawała silną przed innymi, ale przy
mnie pozwalała sobie na rozpacz, a ja ją wspierałem. Myśląc teraz o tym, w
pewnym sensie wiem, jak musieliście się czuć, gdy przyszła wiadomość o mojej
śmierci i chociaż nie miałem na to wpływu, przykro mi, że tak się stało.
Dziadek Katie wiedział, że powrót do domu dobrze jej zrobi. Musiała wrócić do
wzgórz i strumieni wzdłuż których wędrowała jako dziecko. Jej złamane serce
potrzebowało lekarstwa. Podróż do Ameryki nie była wtedy bezpieczna, ale to
właśnie było najlepsze rozwiązanie, więc z błogosławieństwem dziadka Henry'ego
towarzyszyłem jej. Ona nabierała sił, a ja pracowałem z jej ojcem na farmie.
Traktowali mnie jak syna. Nadal nie miałem jej nic do zaoferowania, mimo to poprosiłem
ją o rękę. Kiedy pobraliśmy się wiosną 1918 roku, przyjąłem jej nazwisko.
Byliśmy
bardzo zakochani. Katie i jej Johny, jak mnie nazywano, nie mogli być szczęśliwsi.
Nie mogło być lepiej. Wtedy przyszła epidemia grypy. Pan Darcy wysłał nas do
wiejskiej posiadłości Dovedale, podobnie czyniono w czasie zarazy w Anglii. Nie
mógł znieść myśli, że straci Katie tak jak Alberta. Próbował namówić Abigail,
ale nie chciała go opuścić, a on czuł się w obowiązku pilnować interesu.
Miesiące
mijały i myśleliśmy, że wszystko jest w porządku. Potem przyszedł list
zawiadamiający, że zarówno George jak i Abigail zmarli na tę okropną grypę. Po raz
kolejny musiałem wspierać Katie w tragicznym momencie jej życia. Tym razem
utraciliśmy tych, których również zdążyłem pokochać. Oboje byliśmy pogrążeni w
żałobie.
W
styczniu 1920 roku Bóg obdarzył nas potomstwem. Tego śnieżnego, zimnego dnia na
świat przyszli Albert Tennyson i Abigai Hope. Nazywaliśmy ich Tenny i Hope.
Nigdy jeszcze nie czułem tyle radości i miłości na raz.
Sprzedaliśmy
biznes naftowy za dobrą cenę w 1922 roku, ponieważ w Tulsie zrobiło się bardzo
niespokojnie. Nie chcieliśmy mieć nic wspólnego z tym miastem i zamieszkaliśmy
w Dovedale na stałe.
Przeżyliśmy
razem kilka pięknych lat. Oczekiwaliśmy nawet trzeciego dziecka. Wtedy zdarzył
się wypadek. Na szczęście dzieci nie było z nami. Spędziliśmy ten wieczór razem
nad Wielkim Jeziorem. W drodze powrotnej było ciemno i zaczęło padać. Nagle nie
wiadomo skąd pojawiła się ciężarówka i wjechała prosto w nasz samochód.
Uderzyłem się w głowę i straciłem przytomność, ale zdołałem jeszcze dostrzec
jak Katie wypada z samochodu. Obudziłem się w szpitalu, przypominając sobie kim
naprawdę jestem i co się stało. Szybko zdałem sobie sprawę, że życie mojej żony
wisi na włosku. Straciła dziecko, ale myślałem, że moja miłość przynajmniej ją
zdoła utrzymać przy życiu.
Powiedziałem
jej jak mam na imię. Stwierdziła, że Walter brzmi o wiele lepiej niż Johny i
pasuje do moich oczu. Opowiedziałem jej o Złotym Brzegu, o Wyspie Księcia
Edwarda, o matce i ojcu i o was wszystkich. Powiedziała, że mimo iż was
praktycznie nie zna to i tak już bardzo was kocha. Każdego dnia siedziałem przy
jej łóżku i opowiadałem historyjki i plotki o ludziach, których znam.
Powiedziała mi, że powinienem skontaktować się z rodziną, że będę ich
potrzebował. Myślałem, że jej stan się poprawia, ale ona wiedziała lepiej.
Zawiadomiłem jej rodzinę, dziadka Henry'ego i kuzynkę Jane. Kiedy udało mu się
dotrzeć do Oklahomy była coraz słabsza i słabsza, ale kiedy ujrzała go w
drzwiach powiedziała wesoło:
-Cześć
dziadku, chciałabym ci przedstawić mojego męża, Waltera Blythe.
Początkowo
myślał, że majaczy, ale wyjaśniłem mu jak wraz z wypadkiem wróciła mi pamięć.
Był zadowolony słysząc, że nie jestem pospolitym włóczęgą, choć powiedział, że
w głębi duszy zawsze wiedział, że nie mógłbym nim być.
Tej
nocy powiedziała mi, że powinienem wrócić do rodziny, że to ukoi mój ból, oraz
że bycie Katie Blythe to największy zaszczyt w jej życiu. Dodała też, że jest
spokojna, że jej dzieci będą dorastać w tak pięknym miejscu i nigdy nie
doświadczą życia bez miłości. Powiedziała, że ocaliłem jej życie budząc się w
tamtym szpitalu polowym. Zaprzeczyłem - to ona była moim ratunkiem, a bez niej
byłbym zawsze nikim więcej jak tylko Johnem Doe.
Potem
odeszła. W mgnieniu oka mój świat się zawalił. Nie chciałem żyć dalej. Wtedy
dziadek Henry przypomniał mi o Tennym i Hope.
-Synu,
wiem jak bardzo cierpisz. Ja też straciłem moją żonę zbyt wcześnie. Myślałem,
że nie zdołam żyć dalej dopóki nie zobaczyłem pięciorga moich dzieci.
Wyobraziłem sobie jak dorastają jako sieroty. Dzieci cię potrzebują, a ty
potrzebujesz ich. Jedź do swoich bliskich. Ulecz w domu swoje rany, jak kiedyś
zrobiła Katie. Tylko nie zapomnij o swojej rodzinie w Derbyshire.
Jak
mógłbym o nich zapomnieć. Tak długo byli jedyną rodziną, jaką miałem. Opuściłem
Dovedale przy pomocy przyjaciół, rodziny McGowan. Pochowaliśmy Katie i
przyjechaliśmy tutaj. I oto właśnie krótka historia mojego życia w ciągu
ostatnich kilku lat.
Po
raz kolejny oczy wszystkich w pokoju wypełniły się łzami. Ania, czując ból
Waltera, przytuliła syna do serca kołysząc lekko, jak to robiła gdy był jeszcze
dzieckiem.
-Bardzo
chciałabym poznać twoją Katie, kochanie. Ona zdaje się być aniołem. Nie mogę
się doczekać, aby poznać moje wnuki. Gdzie one są?
Walter
uśmiechnął się z błyskiem ojcowskiej dumy w oczach.
-Są
bezpieczne w hotelu w Charlottetown z dziadkiem Henrym i Jane, czekają aż po
nich wrócę. Przywiozę ich jutro wieczornym pociągiem.
W Ani
wzięła górę jej uparta natura sprzed lat i stwierdziła stanowczo:
-O
nie! Razem z ojcem pojedziemy z tobą porannym pociągiem. Nie mogę dłużej czekać
na spotkanie z nimi, a ponadto nie mogę sobie wyobrazić, by pozwolić ci się
znowu tak prędko ode mnie oddalić.
Wiemy
już co działo się z Walterem. Jak widać życie przyniosło mu szczęście, ale też
nie szczędziło bólu i cierpienia. Jak jego dzieci odnajdą się w nowej
rzeczywistości? Czy Hope i Tenny będą dobrze czuli się w Złotym Brzegu? Jak
dalej potoczy się ich życie? Odpowiedź już wkrótce w kolejnych rozdziałach! :)
~Vivienpiątek, 15 lipca 2016
Rozdział V - Początek wyjaśnień
Witajcie!
W dzisiejszym rozdziale dowiadujemy się w jaki sposób Walter przeżył bitwę pod
Courcelette i dlaczego jego rodzina otrzymała błędną informację o jego śmierci.
Miłej lektury! :)
~
Nikt
nie wiedział zbytnio co należało zrobić czy powiedzieć. Po prostu siedzieli w
milczeniu w salonie w Złotym Brzegu czekając na wieści o Ani. Leżała na górze w
swojej sypialni pod opieką męża i doktora Parkera. Część gości wyszła, ale
rodzina i najbliżsi przyjaciele zostali, częściowo dlatego, że mogli być
potrzebni, a częściowo przez zwykłą ciekawość. Zresztą wszyscy z wyjątkiem Państwa
Ford, którzy zatrzymali się u Rilli i Krzysztofa w Wymarzonym Domku, oraz Państwa
Meredith, nie mieli dokąd pójść, ponieważ byli gośćmi Złotego Brzegu. Każde z
dzieci Blythe'ów siedziało ze swym mężem lub żoną i dziećmi, jeśli je mieli,
spokojnie czekając na wieści o matce i wpatrując się w Waltera, który próbował
ukryć się w ciemnym kącie. Di jako pierwsza poruszyła kwestię, która nurtowała
wszystkich. Z niedowierzaniem patrzyła na brata, który był jej tak drogi i
zapytała:
-Jak
to się stało, Walter? Gdzie byłeś przez cały ten czas? Dlaczego pozwoliłeś nam
myśleć, że nie żyjesz od dziewięciu lat?
Zanim
zdążył odpowiedzieć, Rilla, czując się równocześnie, szczęśliwa,
zdezorientowana i trochę oszukana wtrąciła:
-Dlaczego
kazałeś nam przechodzić przez to cierpienie i ból po utracie ciebie?
-Na
to pytanie wszyscy chcielibyśmy poznać odpowiedź, synu - głos Gilberta
doleciał ze schodów, gdzie szedł powoli wraz z Anią wspartą na jego ramieniu.
Jack
Wright zatroskany o samopoczucie własnej żony zwolnił swoje miejsce na sofie
pomiędzy nią, a swoją matką i pozwolił, aby zajęła je Ania.
Ania
usiadła cicho nie odrywając od Waltera szeroko otwartych oczu w obawie, że
mógłby zniknąć. Walter wyszedł na środek pokoju i potoczył wzrokiem po
wszystkich członkach swej dużej rodziny. Nie wiedział czy stać, czy usiąść,
chyba nie miało to znaczenia. Nie wiedział od czego zacząć swoje wyjaśnienia,
więc stał chwilę w milczeniu zastanawiając się co ze sobą zrobić. Potem
dostrzegł błagalny wzrok matki i to dało mu siłę. Usiadł przy kominku cały czas
patrząc matce w oczy i rozpoczął opowieść.
-Przypuszczam,
że wszystko zaczęło się tego ranka po napisaniu ostatniego listu do ciebie,
Rillo. Wiedziałem, że tego dnia coś się wydarzy, tak jak ci napisałem. Byłem
pewny, że zginę i, w pewnym sensie, tak się stało. Umarłem 15 września 1916
roku. Obawiałem się, że identyfikatory, które nam dali mogą zagubić się w
czasie walki, więc włożyłem do kieszeni płaszcza kartkę z informacją o mojej
tożsamości, tak abyście zostali prawidłowo poinformowani o mojej śmierci.
Przerwał
na chwilę, odgrzebując wspomnienia, które chciał na zawsze zatrzeć w swej
pamięci.
-Jak
wszyscy wiecie ruszyliśmy do ataku tego ranka z zamiarem zdobycia Courcelette.
Kiepsko nam szło od samego początku. Do walki poszły te nowe czołgi, miały
przecierać drogę, aby była dla nas bezpieczniejsza. Poruszały się za wolno i
było z nimi więcej kłopotów niż pożytku, ale w końcu cel został osiągnięty.
Walczyliśmy mozolnie, żeby utrzymać ten ciężko zdobyty kawałek ziemi. Pełno tam
było Niemców, nasza artyleria nie zdołała całkowicie oczyścić terenu. Nie mogę
przypomnieć sobie wszystkich szczegółów tego co tam się działo, a nawet gdybym
mógł, nie chcę o nich mówić. Wy troje, Jim, Jerry i Krzysztof z pewnością
wiecie o tym dosyć. Modlę się, aby nasi najbliżsi nigdy nie musieli rozmyślać o
okrucieństwach, których codziennie byliśmy zmuszeni dokonywać. Szło nam
nienajgorzej, ale Hunowie nie pozostawali nam dłużni. Przed ósmą rano
zdobyliśmy fabrykę cukru. Wiedziałem, która jest godzina, bo słyszałem bicie
kościelnych dzwonów, czy raczej tego co z nich pozostało. Wtedy zobaczyłem
mojego przyjaciela Tommy'ego walczącego gołymi rękami z Niemcem. Ów Niemiec
miał znaczną przewagę i postrzelił Tommy'ego prosto w pierś. Krzyknąłem i
podbiegłem do nich. Tommy upadł na ziemię. Wytrąciłem karabin z rąk wroga i walczyliśmy
na ziemi. Owładnęła mnie ślepa furia. Podobnego uczucia doświadczyłem walcząc
przed laty z Danem Reese, ale tym razem było ono znacznie silniejsze.
Przypuszczam, że to właśnie gniew utrzymał mnie wtedy przy życiu. Mój
przeciwnik próbował udusić mnie sznurkiem od mojego identyfikatora, na
szczęście sznurek się urwał. W tym momencie zdołałem chwycić nóż i skończyć z
tym Niemcem. Wróciłem szybko do Tommy'ego, który trząsł się i narzekał na
chłód, chociaż tamten poranek wcale nie należał do najzimniejszych. Wiedziałem,
że mój przyjaciel umiera. Otuliłem go swoim płaszczem. Próbowałem zanieść go do
karetki, ale pośród ognia artylerii i dymu nie widziałem dokąd idę. Wtedy w
pobliżu eksplodował pocisk i wokół mnie zapadła ciemność. Obudziłem się dwa
tygodnie później w szpitalu polowym nie mogąc sobie niczego przypomnieć.
Personel nie wiedział kim jestem, bo tamtego dnia straciłem wszystkie swoje
dokumenty w taki czy inny sposób. Mieli nadzieję, że pamięć powoli mi wróci,
ale tak się nie stało. Aż do momentu, kiedy pół roku temu miałem wypadek
samochodowy. Wróciłem do domu tak szybko jak to było możliwe.
Wszyscy
siedzieli w absolutnej ciszy chłonąc informacje. To było niezwykłe, po prostu
cud, jak określił to wielebny John Meredith. Między nim, a Walterem była
szczególna więź duchowa i pastor przeżył wiadomość o jego "śmierci"
jak gdyby to był Jerry lub Karol. Walter nie odrywał wzroku ani na chwilę od
oczu matki, które teraz wypełniły się łzami radości, ulgi i wdzięczności. W
końcu spojrzał na swoje siostry, także gotowe się rozpłakać. Spojrzał na ojca,
swojego zrównoważonego, silnego ojca - nawet on miał łzy w oczach. Gilbert
podszedł do syna. Syna, którego długo uważał za zmarłego i pogrzebanego
"gdzieś we Francji". Walter zrobił krok w jego stronę i wpadł w
otwarte ramiona ojca.
-Witaj
w domu, synu! To niezwykłe! Ty żyjesz! Dzięki Bogu żyjesz!
Matka
i rodzeństwo rzucili się pędem, by uściskać ich obu. Walter był wreszcie w
domu. Na prawdę nie umarł. Nie stracili go. Po pierwszym wybuchu radości Nan
zapytała:
-Więc
gdzie byłeś przez te ostatnie dziewięć lat?
Gdzie
przebywał Walter przez 9 lat, kiedy nie znał swojej tożsamości? Co w tym czasie
przyniosło mu życie? Jakie kolejne niespodzianki czekają Anię i jej rodzinę?
Kolejny rozdział już wkrótce! :)
~Vivienśroda, 13 lipca 2016
Rozdział IV - Odkrycie
Przed
Wami kolejny, czwarty już rozdział. Miłego czytania! :)
~Mały Walter bardzo się spieszył. Jego małe nóżki niosły go szybciej niż kiedykolwiek. Skręcił z powrotem do ogrodu, gdzie znajdowała się reszta rodziny i nagle zdał sobie sprawę, że nie wie kogo powinien zawiadomić w pierwszej kolejności. Wszędzie było pełno ludzi, ale większość pewnie nie zwróciłaby w ogóle uwagi na to co mówi. Na szczęście ojciec i dziadek stali osobno w cieniu starej jabłoni zajęci rozmową z doktorem Parkerem z Lowbridge. Walter podbiegł do ojca i zaczął ciągnąć go za rękę w kierunku stodoły.
-No weź, tato, chodź szybko.
Jim
odwrócił się i zatrzymał swojego synka nie przerywając rozmowy.
-Muszę
przeprosić za zachowanie Walta. Jest chyba zbyt przejęty uroczystością.
Dr
Parker zaśmiał się serdecznie, po czym dodał wyrozumiale, że jego synowie
zachowywali się kiedyś podobnie.
Walter
wykręcił się z uścisku ojca i postanowił spróbować szczęścia u dziadka.
-Dziadku,
to na prawdę ważne, wcale nie przesadzam! Muszę ci coś powiedzieć, jeśli mnie
wysłuchasz.
Gilbert
nie był pewien czy Walt ma rzeczywiście coś ważnego do powiedzenia, ale po
trzydziestu kilku latach bycia ojcem wiedział, że lepiej pozwolić dziecku
powiedzieć co ma ono do powiedzenia, zanim zrobi coś nieoczekiwanego.
-O co
chodzi Walt?
-Babcia!
- to było wszystko co chłopczyk był w stanie powiedzieć.
Serce
Gilberta prawie przestało bić. Zdławionym głosem zapytał:
-Ania?
- Rozejrzał się dookoła, ale nigdzie jej nie było. Jim pochylił się i spojrzał
synowi w oczy.
-Synu,
teraz powiedz co się stało i gdzie jest babcia?
Jedna
para orzechowych oczu wpatrywała się w drugą parę takich samych.
-Upadła
w stodole, jakiś obcy człowiek jest przy niej.
Jim
wybiegł z ogrodu gotowy przyjść z pomocą swojej matce, która mogła przecież
potrzebować lekarza. Gilbert był tuż za nim, a gdy reszta zgromadzonych
zauważyła zamieszanie w pobliżu stodoły, wszyscy zaczęli zmierzać w tym samym
kierunku. Jim wszedłszy do stodoły zauważył postać pochylającą się nad
bezwładnym ciałem jego matki. Uklęknął by sprawdzić jej tętno. Żyła, na
szczęście puls był w porządku. Zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie powodem
zemdlenia był szok i ogarnęła go wściekłość. W tej chwili nie był lekarzem, ale
po prostu synem gotowym bronić swej matki ze wszystkich sił. Gilbert Blythe wszedł dokładnie w chwili, gdy Jim złapał mężczyznę za kołnierz koszuli i zaczął
nim potrząsać. Pozwolił by jego syn sam rozwiązał tę sytuację i skupił się
tylko na swojej żonie.
-Aniu,
Aniu słyszysz mnie? Aniu, proszę, obudź się!
Wziął
ją w ramiona, błagając by do niego wróciła. Zaczęła schodzić się reszta
rodziny. Rilla, Nan i Di padły na kolana próbując pomóc matce, podczas gdy
pozostali przyglądali się scenie rozgrywającej się pomiędzy Jimem, a
tajemniczym przybyszem.
-Co
zrobiłeś mojej matce? - wrzeszczał Jim.
Nieznajomy
był zbyt przerażony by mówić.
-Pytałem,
co zrobiłeś mojej matce? - powtórzył Jim.
Jerry
i Shirley zbliżyli się do Jima, który zaślepiony gniewem wciąż potrząsał swoją
ofiarą czekając na odpowiedź. Jerry mocno przytrzymał nieznajomego, a Shirley
odciągnął opierającego się brata. Jerry, usiłując zachować się jak na
sprawiedliwego pastora przystało, zwrócił się do przybysza:
-Myślę,
że jest pan nam winien wyjaśnienia, dlaczego znaleźliśmy moją teściową
nieprzytomną i skąd pan się tu wziął.
Zaślepiony
wściekłością, z której napadami zmagał się od czasu powrotu z Wielkiej Wojny, Jim
usiłował wyzwolić się z uścisku brata.
-Shirley, puść mnie! Jerry, jeśli on skrzywdził moją matkę, przysięgam, że
zabiję go gołymi rękami!
W
końcu nieznajomy przemówił.
-Nic
jej nie zrobiłem. Powiedziałem tylko, że wróciłem do domu. Nie chciałem, żeby
tak się stało. Nigdy bym jej nie skrzywdził.
Rilla
słysząc jego głos podniosła głowę i spojrzała mu w oczy, po czym nie
zastanawiając się dłużej, bez cienia wątpliwości powiedziała:
-Walter?
Potem
Di i Nan również spojrzały na niego myśląc o tym samym, co ich młodsza siostra.
Jim przestał szarpać się z Shirleyem, nagle osłabł opierając się o brata.
Wszyscy spojrzeli na przybysza ze zdumieniem i niedowierzaniem. Ten człowiek
nosił równo przyciętą brodę. W jego włosach połyskiwało kilka srebrnych pasm,
były też krócej obcięte niż kiedyś. Jego twarz była nieco bardziej opalona niż
ją zapamiętali. Jim zbliżył się i spojrzał mu prosto w oczy. Przyglądał się
długo, z wrodzoną dokładnością lekarza, jakby oglądał rzadki okaz pod
mikroskopem. Tak samo przyglądał się Shirley i właściwie wszyscy pozostali.
Wszyscy widzieli te same niezwykłe szare oczy, które zawsze zdawały się
pochodzić spoza naszej planety.
-Walter,
czy to prawda? To niemożliwe, a jednak to ty!
-Tak,
to ja. Wróciłem do domu, jeśli oczywiście wciąż jestem tu mile widziany. -
odpowiedział Walter.
A
więc Walter wrócił do domu. Jakim cudem ocalał? Dlaczego rodzina otrzymała
wiadomość o jego śmierci wraz z rzeczami osobistymi? I wreszcie, dlaczego nie
wrócił od razu, a dopiero siedem lat po wojnie? Wszystkiego dowiecie się w
kolejnych rozdziałach już niedługo :)
~Vivienwtorek, 12 lipca 2016
Rozdział III - Wołanie
Witajcie! :) Dziś odsłona trzeciego rozdziału, oraz kolejnych postaci w zakładce "Bohaterowie". Miłej lektury! :)
~
Krótki
pobyt w świątyni dodał mu otuchy, a co za tym idzie - postanowił dłużej nie
uciekać przed tym co było nieuniknione. Wyruszył w dalszą drogę, czując się jak
Odyseusz powracający do Troi po długiej podróży. Stara, kręta droga przez
Dolinę Tęczy pełna była śladów stóp, a wieczorne słońce rzucało pomiędzy
koronami drzew coś w rodzaju niebiańskiego światła na pokrytą liśćmi ścieżkę.
Niebo i Ziemia zdawały się wskazywać mu właściwy kierunek. Minąwszy klonowy zagajnik,
zatrzymał się. W Złotym Brzegu odbywała się jakaś uroczystość i goście
nadciągali ze wszystkich stron niczym armia mrówek.
Nie tego potrzebował. Nie chciał, żeby tak się to odbyło. To i tak będzie wystarczający szok, o ile nie skandal bez tak szerokiej publiczności. Musiał się ukryć i zaczekać aż goście sobie pójdą. Cicho, niezauważony przez nikogo, jak mu się zdawało, wślizgnął się do starej stodoły, gdzie znalazł stertę siana. Na takiej samej spał wiele lat temu, kiedy na świat przyszła mała Rilla - tu poczeka na właściwy moment.
Nie tego potrzebował. Nie chciał, żeby tak się to odbyło. To i tak będzie wystarczający szok, o ile nie skandal bez tak szerokiej publiczności. Musiał się ukryć i zaczekać aż goście sobie pójdą. Cicho, niezauważony przez nikogo, jak mu się zdawało, wślizgnął się do starej stodoły, gdzie znalazł stertę siana. Na takiej samej spał wiele lat temu, kiedy na świat przyszła mała Rilla - tu poczeka na właściwy moment.
Dla
Ani był to jeden z najmilszych wieczorów od lat. Z każdej strony otaczali ją najbliźsi..
Jim i Flora ze swoimi dziećmi, Walterem i Johnem oraz trzecim maleństwem w
drodze. Wspomniani już Rilla i Krzysztof ze swoimi dwiema pociechami. Nan i
Jerry mieli przy sobie małą, ruchliwą Cecylię, a Diana i Jack przyjechali z
Avonlea razem z rodzicami Jacka, starymi przyjaciółmi Ani, Dianą i Fredem. Ania
i Diana czekały na wspólnego wnuka, szczęśliwe jak nigdy dotąd. Był tam również
nieśmiały Shirley ze świeżo poślubioną żoną Rebeką, najmłodszą córką Izy, uniwersyteckiej przyjaciółki Ani.
Ania
biorąc głęboki oddech uchwyciła wzrokiem jak mały Walter próbuje dostać się do
stodoły, niewątpliwie w poszukiwaniu jakiejś przygody. Coś wewnątrz niej kazało
jej sprawdzić co tak bardzo zaintrygowało jej najstarszego wnuka.
Mały
Walter i jego babcia byli bratnimi duszami od chwili jego narodzin. Był bardzo
podobny do swojego ojca, zarówno ciałem jak i duchem. Coraz częściej Ani
wydawało się, że powinien nosić imię po ojcu, a John po Walterze, jeśli imię
powinno iść w parze z charakterem. Ania dla wszystkich swoich wnuków była jak
najlepsza przyjaciółka, to pozwoliło jej wyzwolić czasem naturę dziecka, którym
w głębi duszy zawsze trochę się czuła. Przeprosiła Pannę Kornelię i Leslie Ford
i podążyła za wnukiem w kierunku stodoły. Nie była już tak sprawna jak kiedyś,
więc chłopczyk przybył tam dużo wcześniej. Rozejrzała się wokół nie mogąc
nigdzie go znaleźć. Nie był to dla niej żaden problem, bo przecież była to
idealna okazja, by zabawić się z Walterem w jego ulubioną grę.
Był
bardzo zmęczony po podróży, z trudem powstrzymywał się przed zaśnięciem siedząc
skulony w stogu siana. Jednakże wkrótce usłyszał głos wołający jego imię. Głos
pełen miłości i ciepła, tak przez niego wytęskniony.
-Walter!
Walter Blythe, gdzie jesteś? - wołała Ania. Nie było odpowiedzi. Odwróciła się
i zawołała znowu - Walter Blythe, gdzie jesteś? Proszę wyjdź!
Nie
potrafił nie odpowiedzieć na jej wołanie. Zbyt długo się powstrzymywał. Wyszedł
zza stogu siana i stanął tuż przy niej odpowiadając:
-Tu
jestem mamo! Nareszcie w domu!
Usłyszała
jego delikatny głos... głos, którego nie pomyliłaby z żadnym innym. Nie
wierzyła własnym uszom, jednak nie mogła pozwolić na to, by na nowo rozbudzić w
sobie płonne nadzieje. Powoli odwróciła się i zobaczyła go tu przed sobą. Nie
mogąc otrząsnąć się z szoku powoli osunęła się w ramiona syna.
Właśnie
wtedy mały chłopiec o rudej czuprynie wyskoczył zza szafki z narzędziami.
-Tutaj
jestem babciu!
Walter
spojrzał na chłopczyka, podtrzymując swą matkę i ponaglił go:
-Sprowadź
pomoc, natychmiast! Pospiesz się! Biegnij, Walter, biegnij!
Pewnie już wiecie kim jest
tajemniczy przybysz? Wkrótce kolejne rozdziały. Będą dłuższe, a akcja nabierze
nieco tempa...
~Vivienponiedziałek, 11 lipca 2016
Rozdział II - Wszystko zaczęło się od tabliczki rozbitej na głowie
Dziś
publikacja drugiego rozdziału. Miłego czytania! :)
W
dzisiejszym rozdziale spotykamy już kilku bohaterów dobrze znanych z
poprzednich tomów.
Zerknijcie też w zakładkę "Bohaterowie" - pojawiło
się w niej już kilka postaci. Kolejne osoby będę dodawać kiedy pojawią się w
następnych rozdziałach. Zawsze bardzo ubolewałam na tym, że filmy o "Ani z
Zielonego Wzgórza", które powstały mają niewiele wspólnego z książką, z
wyjątkiem pierwszej części. Dalsze dzieje/Ania na wojnie to już totalna
fantazja reżysera, a szkoda, bo chociaż da się obejrzeć, jako zupełnie odrębną
historię, to przecież książki mają znacznie większy potencjał na ekranizację. Z
tego względu postanowiłam stworzyć swoją własną obsadę aktorską do naszej
powieści. Dlatego przy wszystkich bohaterach znajdą się zdjęcia aktorów lub
modeli (w przypadku dzieci), których widziałabym w danej roli. Niestety
Jonathan Crombie już nie żyje, ale trudno mi sobie wyobrazić innego Gilberta...
Być może kiedyś na blogu zorganizujemy casting i wybierzemy kogoś innego.
Oczywiście te propozycje to tylko moje wyobrażenie, nie każdy musi się ze mną
zgadzać, być może ktoś wyobraża sobie chociażby Rillę zupełnie inaczej? Jestem
otwarta również na krytykę, zachęcam do dyskusji ;)
~
Wycie
wieczornego pociągu powoli rozbrzmiewało w pokoju, kiedy Ania Blythe kończyła
układać swoje niegdyś płomiennorude, a dziś pełne srebrnych pasm włosy. Wkrótce
rodzina i przyjaciele przybędą świętować trzydziestą piątą rocznicę
najpiękniejszego dnia w jej życiu - dnia, w którym poślubiła Gilberta. Odgłos
dobiegający ze stacji przypomniał jej o innych pociągach i latach pełnych łez i
cierpienia. Przypomniało jej jak dzielnie żegnała swych trzech synów
odchodzących na front, a także o starym, dziś już nieżyjącym, psie, który
cierpliwie czekał cztery lata na stacji kolejowej na powrót swego pana.
Przypomniało się jej również jak pewnej nocy ów pies wył aż do wschodu słońca,
a potem przyszły wiadomości, że jeden z jej chłopców nie wróci już żadnym
porannym, ani wieczornym pociągiem. Teraz spał pod białym krzyżem "gdzieś
we Francji". Podeszła do okna i spojrzała na Glen w kierunku cmentarza,
gdzie w niewielkiej trumience spała jej mała córeczka. Pomyślała o Mateuszu i
Maryli.. o drogiej, starej Zuzannie, której wielkie serce Bóg także zabrał już
do siebie, oraz o własnych rodzicach, których nawet nie pamiętała. Nieczęsto miewała
tak melancholijne myśli, jednak czasem nawiedzały ją ze zdwojoną siłą.
Zwłaszcza niespodziewanie, w chwilach, które były tak wyjątkowe i ważne, że
chciałaby dzielić się nimi ze wszystkimi, których kocha. Wiedziała, że w pewnym
sensie byli przy niej i zawsze będą, lecz nie ciałem, czyli niedokładnie tak
jakby tego chciała... Odgłos znajomych kroków na schodach wyrwał ją z zadumy.
Otarła oczy zmuszając się do "zachowania wiary" i poddania się
radościom wieczoru, smutki odkładając na bok.
-Aniu,
moja najdroższa, tu jesteś! Nie każ wszystkim czekać na najważniejszą kobietę
tego wieczoru. Rodzina Blythe'ów może okazać się dość niecierpliwa, szczególnie
najmłodsi. Wiedzą o tych wszystkich wspaniałościach przygotowanych na
dzisiejszy wieczór i chcą już zacząć świętować.
Stał
tam, w drzwiach sypialni, którą dzielili od ponad trzydziestu lat, jej siła,
opoka, jej bratnia dusza, Gilbert. Jego ciemne włosy pokryte były siwizną, ale
orzechowe oczy nadal błyszczały głęboką miłością do żony. Kiedy odwróciła się
od okna jej oczy świeciły tak jasno jak trzydzieści pięć lat temu w sadzie na
Zielonym Wzgórzu.
-Chodźmy,
najdroższy.
Podał
ramię swojej pannie młodej i zeszli razem po schodach ukochanego Złotego Brzegu,
na werandę kierując się w stronę ogrodu, gdzie wszyscy zebrani czekali już
tylko na wielkie wejście małżeńskiej pary. Powitali ich oklaskami i wiwatami.
Najstarszy syn Jim, znany teraz w Glen jako młody doktor Blythe podszedł do
swoich rodziców i pogratulował im jako pierwszy, pękając z dumy i radości.
-Panie
i panowie, oto nasi drodzy jubilaci, Gilbert i Anna Blythe! - znów rozległy się
oklaski, które Jim musiał uciszyć chcąc powiedzieć coś jeszcze - Jak wiecie nie
jestem wielkim mówcą, te zdolności posiadają inni członkowie rodziny. Ale dziś
okazja jest szczególna. Trzydzieści pięć lat temu młody lekarz, syn biednego
rolnika, poślubił miłość swojego życia w sadzie na Zielonym Wzgórzu. Są jak
wiele małżeństw, wspólnie dzielili radości i smutki. Widzieli jak ich idealny
świat rozpadł się na kawałki, wraz z ich rodziną. Przetrwali wspólnie
najtrudniejsze chwile we współczesnej historii. Trzymali naszą rodzinę razem,
nie pozwolili by odległość, a nawet śmierć naruszyła tę więź między nami.
Koniec końców nadal dzielą się swoją miłością z kolejnym pokoleniem, wpajając
swoim wnukom te same wartości i ideały, które zaszczepili w moich braciach,
siostrach, oraz we mnie. Bez przerwy nam pokazują, że miłość nie blednie wraz
wiekiem, ale rośnie w siłę i z czasem wiąże nas ze sobą jeszcze silniej. Mamo,
tato, zebraliśmy się tu dzisiaj z okazji waszego święta, aby pokazać wam jak wiele dla nas znaczycie. Jestem dumny, że
mogę być waszym synem.
Kiedy
jubilaci zajęli honorowe miejsca przy stole, Krzysztof Ford, mąż najmłodszej
Rilli zaintonował przyśpiewkę "Ania i Gilbert", a kiedy okrzyki
ustały rozpoczął swoje przemówienie, aby jako drugi przekazać słowa uznania i
wdzięczności.
- Ja,
na przykład mam mnóstwo powodów do wdzięczności, że to małżeństwo moich teściów
doszło do skutku. Po pierwsze, w pewnym sensie zawdzięczam im to, że pojawiłem
się na świecie. Gdybyście się nie pobrali i nie przeprowadzili do Czterech
Wiatrów, moi rodzice prawdopodobnie nigdy nie byliby razem. Wasza przyjaźń
pomogła mojej matce w trudnych chwilach otworzyć się na szczęście, które
znalazła u boku mojego ojca. Pomogliście Opatrzności połączyć ze sobą dwoje
ludzi. Oczywiście ze wsparciem drogiej pani Kornelii Eliott. - powiedział
wskazując na starszą panią siedzącą wraz ze swym mężem obok jego własnych
rodziców. Dodał jeszcze - Oprócz tego, dali mi także szczęście mojego życia w
postaci ich najmłodszej córki Rilli-ma-Rilli. Z tego związku, który sam w sobie
jest wielkim błogosławieństwem, urodzili się nasi mali Gilbert i Ania. Dziękuję
za przykład miłości, który nam dajecie. - Wskazał na swoją młodą żonę
trzymającą na kolanach około trzyletnią dziewczynkę o rudych włosach, tak
popularnych w tej rodzinie i pięcioletniego chłopca siedzącego u jej stóp.
Każdy
członek rodziny wyrażał po kolei swą radość i wdzięczność, a jako ostatni
wystąpił nieśmiały i cichy Shirley mówiąc:
-
Teraz, kiedy sam już jestem żonaty, patrzę na małżeństwo moich rodziców jako
przykład. Mam nadzieję, że w roku 1960, kiedy my będziemy obchodzić trzydziestą
piątą rocznicę ślubu, będziemy chociaż w połowie tak szczęśliwi jak wy. -
Nagle, nieco nietypowo dodał - I pomyśleć tylko, że wszystko zaczęło się od
chwili, gdy moja matka rozbiła ojcu na głowie tabliczkę za to, że nazwał ją
marchewką!
Kolejny
rozdział już niedługo! :)
~Viviensobota, 9 lipca 2016
Rozdział I - Z powrotem w Glen St. Mary
Witam ponownie na moim blogu. Oto obiecany, pierwszy rozdział, miłego czytania! :)
Kiedy wysiadł z wieczornego pociągu, uderzył go zapach wczesnej jesieni, witając go wspanialej niż mógłby sobie wyobrazić. Natychmiast ogarnęły go wspomnienia. Zobaczył w nich braci grających popołudniami w piłkę, siebie spacerującego w towarzystwie sióstr w Dolinie Tęczy pomalowanej żółto-pomarańczowymi barwami jesieni. Zobaczył uśmiech swej matki i twarz swojego silnego ojca, w którym zawsze miał oparcie, a także parę smutnych, pełnych bólu ciemnoniebieskich oczu, które nigdy nie zniknęły z jego pamięci. Minęło kilka lat zanim ostatni raz opuszczał stację kolejową w Glen St. Mary. Wreszcie był z powrotem w domu i teraz wydawało się, że opuścił go nie dalej jak przed rokiem. Po chwili zauważył, jak wiele się zmieniło, a przyjazna aura wokół niego zniknęła. Tu i tam stały zaparkowane samochody, a szyldy na budynkach informowały o nowo otwartych biurach i warsztatach. Oczywiście zmiany dostrzegł także w nim samym. Widział rzeczy, których żaden człowiek nie powinien być zmuszony oglądać. Robił rzeczy, których wcześniej nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Teraz wreszcie był w domu, w miejscu do którego tak bardzo chciał wrócić, a jednak poczęły go ogarniać poważne wątpliwości. Jeśli samo miasto tak się zmieniło to co stało się z tymi, których kochał? Co stało się z jego rodzeństwem? Jak potoczyło się ich życie? Czy rodzice mają się dobrze, czy są zdrowi? Co jeśli, nie daj Boże, już nie żyją? Wszystkie te obawy spowodowały, że co chwila zwalniał, tu przystawał. Postanowił wstąpić po drodze do niewielkiej kawiarni. Miał nadzieję, że nikt go tam nie rozpozna, chciał wpierw zobaczyć się z rodziną. Siedział w ciemnym rogu lokalu, zamówił tylko kawę, przysłuchując się rozmowom miał nadzieję usłyszeć choć jedno słowo o swoich bliskich, nikt jednak o nich nie wspominał. Dokończył kawę i wyszedł decydując się iść do domu najdłuższą drogą, aby mieć czas choć trochę uspokoić swoje nerwy. Cały czas zastanawiał się co zrobi jeśli spotka kogoś znajomego, ale ku jego zadowoleniu mijali go jedynie obcy. Spojrzał w prawo i ujrzał miły, znajomy widok - kościół, w którym bywał często jako dziecko, a także później, wkraczając w dorosłe życie. Znał to miejsce tak dobrze również dlatego, że jego rodzina żyła w wielkiej przyjaźni z rodziną pastora. Nie mógł się oprzeć i wszedł na chwilę do środka. Czas był bardzo łaskawy dla tego małego wiejskiego kościółka. Niewiele się zmieniło przez te wszystkie lata. Usiadł w swojej rodzinnej ławce, wspominając wszystkie nabożeństwa i niewinne lata, które zostawił daleko za sobą. Siedział tak dłuższy czas, rozmyślając i modląc się o siłę do dalszej drogi, kiedy coś na ścianie powyżej przykuło jego uwagę. Wieczorne promienie słońca padały prosto na tablicę głoszącą "Pamięci Waltera Cuthberta Blythe". Dopiero wtedy uderzyła go brutalna rzeczywistość, w jakiej się znajduje i zaczął zastanawiać się czy nie lepiej zostawić wszystko tak jak jest. Tak na prawdę życie w ciągu kilku ostatnich lat przyniosło mu wiele radości, ale też cierpienie. Czy nie wystarczy już dramatów? Czy powinien niepokoić teraz swoją rodzinę? Westchnął, kładąc głowę na oparciu ławki. Znał odpowiedź na pytanie, choć wiedział, że zadanie, które ma przed sobą nie jest łatwe. Musiał poskładać w jedną całość fragmenty swojego życia. Życia przed i po roku 1916.
Jak
myślicie, kim jest tajemniczy przybysz? Kolejny rozdział pojawi się wkrótce! :)
~Vivien
~Vivien
Subskrybuj:
Posty (Atom)